niedziela, 12 sierpnia 2018

Pierwsza rozprawka na temat rozwoju osobistego czyli 15 powodów, które generujemy, aby koniecznie nam nie wyszło…

Krótko i na temat. Lubimy narzekać. I upatrywać przyczyny porażek w czynnikach zewnętrznych. Bo wygodniej nam usprawiedliwić nasze błędy. 

Oczywiście, czasem sytuacje życiowe dopieprzą nam tak, że ciężko się pozbierać. A tu jeszcze szkoleniowcy i coachowie mówią nam, że najważniejsze to stawiać sobie cele i je realizować. I wszystko to prawda. Jednak bez konkretnego planu działania nawet najpiękniejsze cele stają się fikcją. Ten wpis nie jest jednak o budowaniu „smart-nych celów”. Jest analizą tego, dlaczego się poddajemy. Bo jeśli chcemy być skuteczni powinniśmy znać nie tylko jak, ale i dlaczego.


1         Oczekujemy szybkich rezultatów

Oj tak, rzadko zdarza nam się być cierpliwym. Jeśli ktoś z czytających się odchudzał (ja tak) wie o czym piszę. Przez lata nie zauważamy przybywających powoli kilogramów, a potem gdy już wrzucamy „akcję lato” to okazuje się, że najlepiej schudnąć by się chciało w tydzień.

W biznesie jest podobnie. Rzadko zdarza się cud. Cud w tym przypadku to raczej akronim C-czas U-unieść D-dupę. Czasami na sukces pracuje się latami, a już na pewno konkretnymi działaniami.

Przestajemy w siebie wierzyć

To spory kłopot. Co ciekawe hodowany w długim czasokresie. Często przy wsparciu bliskich. I to jest najgorsze. Bo podobnie jak w punkcie pierwszym brak wiary rodzi się małymi krokami, a jak już wybuchnie, to „bujamy się” z tym bardzo długo. 

Uwierzyć w siebie ponownie to proces, gdzie dobrze jak mamy obok siebie nie tylko mądrą bliską osobę, ale też specjalistę. To żaden wstyd korzystać z porad psychologów, terapeutów, coachów. To trochę jak z okularami w dzieciństwie – pomagają, ale wstyd nosić. Na szczęście czasy się zmieniają. Dokładnie jak z modą na okulary.

Żyjemy przeszłością

Ojojoj, kiedyś to było łatwiej, kiedyś byłem młodszy, kiedyś byłam piękniejsza, kiedyś lepiej się pracowało. Gówno prawda, Twój umysł Ci tak pieprzy, bo tak chcesz, bo tak wygodniej. Odwoływanie się do przeszłości fundujemy sobie w ramach udowadniania sobie, że dzisiaj nie jesteśmy takim zerem. Owszem, przeszłość to wspomnienia… i uwaga – lekcje. Lekcje, które miały nas nauczyć, czego unikać w przyszłości. Więc biadolenie nic nie da. Weź się za robotę.

Myślimy jedynie o błędach które popełniliśmy

Wiąże się to ściśle z punktami powyższymi. Brak wiary w siebie, życie przeszłością w niewiarygodnie prosty sposób zmaterializuje się w postaci konkretów – błędów, które pamiętamy !!! Pokaż mi człowieka, który ich nie popełnia. Dobry dzień, to ten kiedy ich narobisz jak krowich placków na łące. Błędy muszą być. Uczymy się tego od dziecka, a w dorosłym życiu pojawia się demencja i błędów już nie chcemy popełniać. Błąd to jednak nie powód, żeby nim się szprycować na okrągło. Owszem czasem warto je zapić, ale potem rozpamiętywanie ich nie ma najmniejszego sensu. Pora wziąć się za działanie. Co Ci konkretnie da rozpamiętywanie błędów? A co zyskasz, gdy zaczniesz działać?  

Odczuwamy lęk przed tym co będzie

W rozmowach, które wielokrotnie z Wami prowadziłem przewijał się często ciekawy przykład – syndrom przełomu starego i nowego roku. Niby całonocna zabawa, ale pojawiał się lęk przed tym co będzie. Nazywaliście to czasem stresem. Oczywiście, stres odczuwamy przed nieznanym. To między innymi pozwala nam się skoncentrować. Chyba, że jest zbyt duży, to mamy paraliż „ośrodka dowodzenia i wykonania”. To normalne, że jak czegoś nie znamy to się trochę „peniamy”. Co więc możemy zrobić? Przewidywać możliwe scenariusze, budować plan działania, gdzie wiemy czego się spodziewać na poziomie działań. Jednak pomyśl – cały czas nie wiemy co będzie jutro – jeśli to nas wstrzyma przed działaniami, jutro będzie rządziło Tobą, a nie Ty nim.

Opieramy się zmianom

Zmiana, zmiana, zmiana!!! Ooooooorzeszku, praktycznie każde szkolenie o tym jest. Baaaaaaa, strefa komfortu to jeden z dziesięciu zwrotów najczęściej powtarzanych przez trenerów. Osobiście niedobrze już mi się robi od słuchania tego, ale niestety jeszcze nikt nie znalazł sensownego zastępnika tego określenia. I „co gorsza” z tą strefą komfortu to prawda. Bo każdy z nas lubi ją mieć. I niechętnie ją opuszcza. Bo kto lubi opuszczać miejsce, gdzie jest miło, jest jedzenie i alkohol. Niestety tak jest, że cały postęp dokonał się poprzez opuszczanie przez ludzi stref komfortu, więc jeśli chcesz iść w kierunku rozwoju osobistego opuść swoją strefę jak najszybciej. Jest też dobra wiadomość – opuszczając strefę komfortu właśnie zacząłeś budować kolejną. To kwestia działań w czasie.

Tu starzy wyjadacze świata szkoleniowego podrzucą Ci starą jak świat podstawę książkową – Spencera Johsona „Kto zabrał mój ser?”. A tam się dowiesz oczywiście o strefie komfortu i wąchaniu sera, bo okazuje się, że to niezwykle ważne (zgadzam się z tym).

Zaniedbujemy nasze talenty

W dzieciństwie babcia mówiła, że ładnie rysuję, tata że super rzeźbię, a mama, że dobrze sprzątam. Chyba miałem talenty. Jednak je zaniedbałem i żadnej z tych rzeczy już dobrze nie robię. Bo nawet największy talent, gdy się go zapuści zarośnie, a z czasem zaniknie. Jednak jako dorosłe osoby mamy jeszcze solidny zasób przynajmniej kilku innych talentów. Warto więc je w sobie odkryć i zacząć rozwijać. Stąd ludzie biegają, jeżdżą na triathlony, malują, piszą kryminały, budują ogrody, bawią się w rękodzieło. Może wreszcie pora na siebie samego i zbudowanie kawałka swojego świata. Takiego tylko dla siebie. A to sprawi, że poczujemy się bardziej pewni siebie.

Wierzymy w swoje słabości

Gdy na szkoleniach pytam uczestników o wymienienie 5 swoich mocnych cech, to ludzie duszą się już na drugiej. Gdy pytam, powiedz co byś u siebie zmienił „gęby” im się nie zamykają. Słabości rządzą. Bo jak tak się poużalamy, to jeszcze znajdą się mniej odporne duszyczki co poużalają się z nami. Tylko co zyskujemy? Wiem, chwilowo nam lepiej. Jednak nie chodzi tu o „apap” na ból, który chwilowo pomoże, tylko o wyleczenie tej gównianej choroby zwanej brak wiary w siebie podbudowanej słabościami.

Zacznij od rzeczy podstawowej. Zdefiniuj oprócz słabości swoje mocne strony. Nie, nie, nie pieprz teraz, że ich tak mało. Poświęć sobie więcej czasu na to, niż ostatnią minutę. Bo słabości hodujesz miesiącami, a nawet latami. Więc zdefiniowanie własnych mocnych stron to też proces, a nie jakaś jednominutowa ściema.

Myślimy, że coś się nam należy

Obok doradztwa i narzekactwa mamy jeszcze jedną kluczową przypadłość – „należność”. Objawia się silnym przekonaniem, że coś nam się należy. Jednak to znowu forma usprawiedliwiania. Należy Ci się tyle ile wypracujesz. Prezenty są tylko okolicznościowo. Gdy zmieniasz myślenie z „należy mi się” na „wypracuję to sobie” stajesz się zależny od siebie a nie od otoczenia.  

Odczuwamy lęk przed porażką bardziej niż chcemy sukcesu

Krótko w temacie – trzy pytania:

Pierwsze – co zyskasz przy porażce?

Drugie – jak będziesz się czuł gdy wypracujesz sukces?

Trzecie – Który stan wolisz?

A bać się to normalne. Większość z nas się boi.  Jednak nie bój się do cholery własnego sukcesu, bo to jest dopiero prawdziwie chore.  

Jesteśmy przekonani, że coś możemy stracić

I znowu wracamy do strefy komfortu. Nie chcemy jej stracić. To naturalne. Więc bądź pewny/pewna – zawsze coś stracisz, jeśli chcesz coś zyskać. Czasem tracimy i żałujemy. To też normalne. Wtedy jest lekcja. Czasem bardzo trudna, ciężka, brutalna. 

Jest taki piękny polski serial „Dom” – jeden z odcinków jest zatytułowany – „coś się kończy, coś zaczyna”. Tak było, jest i będzie. Pytanie czy jesteśmy na to gotowi? 

A jak nie jesteś, to pierdyknij się na wyrku i narzekaj na swoje życie – jest to jakaś myśl.  A jak Ci się znudzi, to jeszcze raz przeczytaj co tu napisałem.

Przepracowujemy się

Oj tak. Tyramy jak woły. Dużo, ale już nie koniecznie efektywnie. Gdy jeszcze uprawiałem triathlon ktoś z mądrych ludzi (chyba Romek Szymczak) powiedział mi jedną mądrą poradę – wysypiaj się bo to najlepszy energetyk. Wtedy tego nie rozumiałem. Jednak badania pokazują, że mamy większą wydolność w działaniu, gdy jesteśmy wypoczęci. A to wielka sztuka znaleźć równowagę pomiędzy pracą, życiem osobistym a życiem rodzinnym. Fajnie o tym  napisał Stephen Covey w książce „Siedem nawyków skutecznego działania” (rozdział – ostrz piłę). Praca nie czyni wolnym, mądre pracowanie sprawia że jesteś sprawczym.

Myślimy, że tylko my mamy ten problem

Z jednej strony Polak to otwarty serdeczny i zazdrosny typ. Z drugiej jednak strony typ, który jak ma kłopot to koniecznie chce go schować tylko dla siebie. Bo przecież sąsiad odbierze to jako słabość. A my wszak słabi nie jesteśmy. Po co się więc dzielić swoimi problemami. 

Niestety to jakiś gówniany model sprzedany nam przez poprzednie pokolenia. Poczucie wstydu, lęk przed okazywaniem słabości, zakompleksienie. Co zyskamy budując własną osobistą twierdzę? Czy nie lepiej czasem zwyczajnie sobie popłakać przy kimś, powiedzieć co mnie boli, z czym mi źle? 

Zwykle te same problemy mają inni. Każdy ma swoją historię i może być dla nas drogowskazem. A będzie nim dopiero wtedy, kiedy dojrzejemy, aby dać mu taką możliwość.

Pierwszą porażkę traktujemy jako sygnał do odwrotu

Bo najłatwiej jest spieprzyć po pierwszej porażce, czyż nie? Bo dieta nie daje efektów, bo zakwasy w mięśniach, bo leń, bo klient taki, śmaki i owaki. Pieprzenie mające na celu usprawiedliwienie nas. Tania sensacja i dulszczyzna. 

Najtrafniejszą receptę daje w tym obszarze sport – „nigdy się nie poddawaj”, „wstawaj więcej razy niż upadłeś”. I to prawda. Poddać się zawsze można, ale najważniejsze to wstawać i próbować. I wiesz co, zwykle się  udaje. A to te trudności po drodze są najlepszą lekcją. Potem przy wspomnieniach to one zostają. A i sukces dzięki temu lepiej smakuje. 

I jeszcze jedno – nie zawsze wygrywamy. Tak też bywa.

Użalamy się nad sobą  

Użalających się rozumiem tylko w kolejce do lekarza pierwszego kontaktu. Stękają na pogodę, politykę, sąsiadów. Chociaż najchętniej wtedy zabrałbym ich do szpitala onkologicznego, żeby sobie popatrzyli na ludzi siedzących w korytarzach i walczących o siebie. 

Nie rozumiem jednak „stękaczy pokrzywdzonych przez los” którzy narzekają, że nie mają klientów, że nie idzie biznes, że ludzie nie kupują, etc. Ostatnio klientka u której byłem tak narzekała, że uszy bolały. Z miną wyrażającą zrozumienie zadałem pytanie co dzisiaj zrobiła od rana, żeby klientów przyciągnąć. W sumie nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. A najgorsze jest to, że nawet tego dnia (i chyba nie tylko tego) nawet nie wytarła kurzy w salonie. To się nazywa wpaść w „spiralę niewidzenia  i niemocy” czyli pchać całą energię w narzekanie. To właśnie na bazie tego mechanizmu wyrosły telewizyjne programy o naprawianiu restauracji, zakładów fryzjerskich i innych biznesów.  

Na szkoleniach zawsze powtarzam uczestnikom – jak myślisz, czy do kogoś kto jest zaniedbany i jedynie narzeka będą ”walić” klienci ? Zwykle po tym pytaniu jest długa, wymowna cisza. Wtedy rozpoczynamy zmianę.




To mój punkt widzenia. Masz prawo się nie zgadzać. 
Jeśli uważasz inaczej – pisz, będzie mi miło podyskutować. 
Jeśli się zgadzasz, nie musisz udostępniać, wystarczy, że coś wdrożysz w swoim życiowym działaniu. 

Do kolejnego przeczytania. Paweł M.